WYCIECZKI JEDNODNIOWE

Wycieczki piesze — wyprawy jednodniowe. Pytacie często, jak tam sport, życie w outdoorze, kontakt z przyrodą, o którym tyle wspominam?  Niezmiennie uważam, że to jeden z najlepszych środków zapobiegawczych przeciw depresji, chandrze, cywilizacyjnym zmorom. Smutek nie jest bowiem skutkiem życia miejskiego — jest jego synonimem. Trzeba z tym walczyć, a dzisiaj opowiem o kluczowym sposobie, którym są długie, piesze wyprawy. Które ze wszech miar i ze wszystkich sił wszystkim polecam.

Nazywam je wyprawami jednodniowymi, ale nie trzeba się ograniczać w długości  (sam planuję na kiedyś większe, x-tygodniowe wyprawy, a świeckie el camino to będzie dopiero tytuł na bloga!). Ale dobrze jest mieć rozkminione elementarne minimum, bo już jednodniowa wycieczka daje psychice niesłychanie dużo, a dużo łatwiej ją zorganizować. „Próg wejścia” jest znacznie niższy, niż przy ekspedycjach z noclegami, więc jeśli się ich nauczymy, to będzie korzystać z nich dużo częściej. A chodzi właśnie o to, żeby te wyprawy nie były świętem, tylko normą.

Logistyka elementarna

Logistyki wielkiej w nich nie ma. Wrzucamy do plecaka rzeczy podstawowe, co u mnie znaczy tyle co mapa, portfel, pelerynka od deszczu, dodatkowa kurtka, jedzenie, picie, mugga przeciw kleszczom, czekolada z kofeiną dla pilotów Luftwaffe, płyn do dezynfekcji, chusteczki higieniczne, tyle). Cała idea sprowadza się do tego, żeby wyjść rano i zrobić jakąś fajną trasę na nogach. „Fajną” to w moim przypadku oznacza z reguły 20-30 kilometrów, ale trzeba to skalibrować z własną kondycją. Chodzi po prostu o to, żeby przejść tyle, żeby się porządnie zmęczyć.

Nie opisuję żadnych konkretnych tras, ani terenów do wędrówek, bo nie o to tu chodzi. Ba, idzie właśnie o coś odwrotnego — trzeba pozbyć się tego skojarzenia, że na wycieczkę trzeba pojechać gdzieś, w jakieś Tatry, Bieszczady, czy Białowieże. Połoniny nie są potrzebne. Każdy ma dobre tereny pod oknem, a najdalej o trzy kwadranse jazdy pociągiem. Jakikolwiek teren poza miastem będzie dobry. Trzeba tylko wziąć mapę i zaplanować mniej więcej, a dalej już pójdzie. I wierzcie mi, na dwudziestym, trzydziestym kilometrze każda okolica jest już wspaniała. To jest właśnie piękno wycieczek jednodniowych, że pozwalają docenić te kawałki mapy, na które zwykle nie zwracamy uwagi, te wszystkie flyover states (of mind).

Żeby nie było, że nie zdradzam żadnych konkretów: jednym z moich ulubionych wariantów jest wyjść rano z domu (domu-domu, albo miejsca gdzie nocuję na wyjeździe) i iść cały czas przed siebie, próbując dojść jak najdalej się da w ciągu jednego dnia. Tak po prostu, przed siebie, byle dalej. Trzeba tylko mieć jakoś przemyślany powrót (ktoś z samochodem, albo celować w linię kolejową) i tyle. Mój rekord obecny rekord to 34 km w linii prostej, osiągnięte po 42.8 km marszu w 11 godzin i 50 minut. Wpisujcie w komentarzach swoje polecajki, gdzie, co i jak. Ja też się będę z czasem dzielił. Ale podkreślę raz jeszcze, szczegóły, ani tym bardziej wyniki nie są kluczowe. Kluczowe jest żeby przejść konkretny kilometraż, spędzić dzień pod gołym niebem. Nie ma lepszego lekarstwa na nasze zbolałe dusze.

Stan po zejściu

Dlaczego właściwie wycieczki są tak wspaniałe?  Bo odświeżają nas w stopniu, którego nie osiągniemy pod dachem. Pozwalają znów zobaczyć i poczuć rzeczy, których na co dzień nie widzimy, bo jesteśmy zbyt zajęci życiem. Czyli co właściwie?

Korci mnie żeby zacząć od barwnego przykładu. Oto pytanie jak z Epikteta: co zrobisz, kiedy leci ci katar, gluty, smarki z nosa? Odpowiedź jest oczywista: natychmiast je wytrzesz. To w ogóle dziwne, że takie pytanie pojawia się w tym miejscu, prawda? Nos musi być wytarty i w ogóle, musi być czysto. Takie są twarde zasady aspirującej klasy średniej. To jest zupełnie od czapy, wręcz nie do pomyślenia, żeby dorosły człowiek nie wytarł sobie nosa. Czyż nie?

Ale uwaga, na wyprawie te zasady nie obowiązują! Wtedy jest po prostu inaczej, człowiek jest w innym rejestrze, w innym (lepszym) trybie. Dobrze się zrozummy: ja nie jestem fetyszystą brudu, a wycieczki nie mają polegać na tarzaniu się w błocie czy glutach. Jest jednak tak, że po iluś kilometrach wysiłku pewne rzeczy przestają mieć znaczenie. Przestaje się liczyć, czy jesteśmy brudni czy czyści, spoceni czy nie. Kiedy gram swoją rolę zabiurkowego przepychacza exceli, a wszyscy wokół są pod krawatami, to różnica między nosem czystym a wytartym jest fundamentalna i definiuje człowieka. Ale pod gołym niebem już nie definiuje. Kiedy jestem na wycieczce, kiedy jestem spocony, ubłocony, pada deszcz i wieje wiatr, to sam już nie wiem czy łzy mi lecą, czy to deszcz, czy mi z nosa leci — to się wszystko zlewa, staje nieistotne. I rzecz jasna, to nie dotyczy tylko wycierania nosa, ale mnóstwa innych zakazów i barier psychicznych też.

Jest to stan absolutnie wspaniały. Właśnie po to, żeby go doświadczyć, chodzimy na wycieczki, a niektórzy jeżdżą na koniec świata (o Himalajach będzie zaraz). Widać go też przez kontrast, bo utrzymuje się on jeszcze trochę po powrocie, po wejściu znów między ludzi. Ostatnio zrobiłem 30 km idąc ze stacji kolejowej do agroturystyki, gdzie pojechaliśmy na weekend z grupą przyjaciół. Niesamowite są te pierwsze kwadranse, kiedy dochodzisz, gdzie miałeś dojść, jesteś już „po”, niby wśród ludzi, ale wciąż w innym świecie, w innej logice. Oto moje zdjęcie tuż po powrocie, trochę nie widać, ale trochę jednak widać.

Nie wymyśliłem sobie tego. Takie opisy powtarzają się w relacjach sportowców czy podróżników. Dla przykładu, Jacek Hugo-Bader w „Długim filmie o miłości” (ambiwalentna książka, lecz wciąż) w swojej relacji z Karakorum dokładnie opisuje ten właśnie fenomen, niejako „stan po zejściu”, tę przedziwną mieszanką euforii, zmęczenia i wyzwolenia ze schematów, którą widać u himalaistów bezpośrednio po zejściu do bazy. Jeden z rozdziałów książki zaczyna się zaskakująco szczegółowym opisem, jak to autor czatował pod ścianą Broad Peaku na schodzących Jacka Berbekę i Jacka Jawienia, żeby nie przegapić tego właśnie zjawiska. Oto dokładny cytat: „16 lipca [2013 r.]. Siedzę z kamerą na wysokiej lodowej skarpie i wypatruję z wysoka oby Jacków którzy koło południa powinni wrócić spod szczytu do bazy. Chcę ich zobaczyć, porozmawiać z nimi, póki nie wygaśnie ogień, który będą mieli w oczach, nim uładzą myśli, na twarze wróci porządek […] Wreszcie są […] Napaleni, nabuzowani, ogniści, wietrzni. Pociągający. Możesz tylko zazdrościć” (str. 198-199).

Nic dodać, nic ująć. To znaczy trzeba dodać jedno. Nie musimy jeździć w Himalaje i ryzykować życiem, żeby tego doświadczyć. Ten stan jest na wyciągnięcie ręki na wycieczkach jednodniowej. One po to właśnie są.

Poza konwencjami

Ktoś powie, że nic w tym niezwykłego, że to „po prostu” haj, jakiego doznajemy po wysiłku na świeżym powietrzu, że to „tylko” zastrzyk endorfin do mózgu, że ma to już swoją nazwę, („euforia biegacza”) i opisy na anglojęzycznych stronach. Ale z pozycji stoickich protestuję przeciwko takiej medykalizacji!

Tę optykę można bowiem odwrócić. My, jako ludzkość (a przynajmniej jako klasa średnia, siedząco-pracująca w Pierwszym Świecie), jesteśmy na jednym wielkim syndromie odstawienia od wysiłku fizycznego i dlatego nasza psychika tak się telepie. „Stan po zejściu” to powinien być stan normalny, a nie żaden wyjątek. Stanem normalnym dla człowieka powinna być regularna i solidna aktywność fizyczna i świetne samopoczucie w jej następstwie. To, że się nie ruszamy, że tkwimy przy biurkach i ekranach, to jest jakaś koszmarna odstawka, sprzeniewierzenie się naturze. „Stan po zejściu” nie jest nienaturalnym hajem, który można sobie wyjaśnić jako zaburzenia mózgu poddanego działaniu światła i powietrza. To właśnie jest stan normalny — nienaturalne jest dopiero ślęczenie za biurkiem, pod dachem, na fejsie.

Stan duszy człowieka na wyprawie lub zaraz po niej, to również wyzwolenie z konwencji, które nas wiążą. Powiedziałem wcześniej, że nie jestem fetyszystą brudu, czy uwalania się błotem. Jest raczej odwrotnie: całe nasze dorosło-miejskie życie to jeden wielki fetysz czystości, porządku i formy. Dopiero na wycieczce widać jak wiele kosztuje nas obsługa tego fetyszu. Na wycieczce możemy się z niego wyzwolić i właśnie to fundamentalnie odświeża naszą psychikę.

To jest samo sedno sprawy, to właśnie dlatego warto spędzać czas pod gołym niebem. Nie zrozumcie tego tekstu jako tanio-naiwnej mistyki kontaktu z przyrodą. To nie jest tak, że trzeba spalić laptopy, skasować bitcoiny i zamieszkać w jeziorze. Faktem jest jednak, że człowiek, w wyniku swojego ewolucyjnego sukcesu (no, względnego), oddzielił się od przyrody. Obywatele miejskiej cywilizacji pierwszego świata żyją z nią w separacji, szczelnie od niej odgrodzeni. I to jest ogromnie kosztowne. Utrzymywanie się w oddaleniu od natury wymaga stałej pracy, kosztuje nas mnóstwo sił życiowych i psychicznych. To jest przecież wielki wysiłek, wytrwale kosić te łąki i trawniki, prasować ubrania, wciąż na nowo odkażać to miejskie życie, żeby broń Boże nie przedostał się doń gram brudu, czy kropla potu. A o tym, że stale tę pracę wykonujemy, przypominamy sobie dopiero wtedy, gdy chwilowo odpuszczamy. I do tego właśnie służą wycieczki. Są one najprostszym, najtańszym i najszerzej dostępnym sposobem przekonania się o tym. 

Świat przydrożny

Używałem gęsto przymiotnika „miejski”, ale też motywu dziecięctwa-dorosłości. Nie jest on przypadkowy, bo jako ojciec córce nie mogę nie dodać, że przecież dzieci umieją wszystko powyższe. Dzieci w sposób naturalny żyją poza konwencjami, bo się ich jeszcze nie nauczyły. Również z tej perspektywy widać, że ten stan jest dla człowieka naturalny, rodzimy się w nim i dopiero w dorosłości o nim zapominamy. Wycieczki dają szansę powrotu do niego. Rajów utraconych w dzieciństwie rubieże są tuż za oknem — trzeba tylko spakować plecak i pójść.

To nie jest czysta abstrakcja, to również konkretne rzeczy. Kiedy ostatni raz łaziliście po jakiś opuszczonych budowach? Kiedy ostatni raz przedzieraliście się przez krzaki, wykroty? Ja na mojej ostatniej wycieczce. Wycieczka pokazuje, że wciąż mogę robić rzeczy, których nie robiłem od lat, czy wręcz dekad. I pokazuje jak wiele tych rzeczy ciągle jest dookoła, przy drodze. Idę, widzę jakieś rozwalone ruiny GS-u — dlaczego nie wejść, nie zobaczyć, pogmerać?  Pamiętam z jaką fascynacją eksplorowaliśmy kiedyś z kolegami z podwórka ruiny opuszczonego pegeeru. Była to pierwsza połowa lat 90., wieki temu. W 2021 roku udało mi się wrócić do tego uczucia. Zaprawdę powiadam Wam, jest ono oszałamiające.

Z jednodniowych wycieczek zostaje mi też zawsze w głowie wrażenie ciągłości. Marsz piechotą jest najbardziej elementarnym, najgłębiej ludzkim sposobem przemieszczania się, doświadczeniem człowieka sprzed stu i stu tysięcy lat (może i dlatego uspokaja? cienie zapomnianych przodków? niby idziesz między Grójcem a Radomiem, ale też trochę po tej sawannie, dawno temu). Nie ma tutaj doświadczenia zerwania, tej teleportacji, której doświadczamy za każdym razem, gdy wchodzimy do puszki samochodu, pociągu czy samolotu. Tamte podróże odbywają się niejako „poza przestrzenią” — wchodzę i bum, przenoszę się w inne miejsce, a świat za oknem mógłby nie istnieć. Wycieczka piesza to co innego, to jest zawsze marsz przez teren, mapę i świat.

Z racji miejsca zamieszkania dużo chodzę po Mazowszu, które bywa nazywane najnudniejszym krajobrazem pod słońcem. Ale wystarczy jedna wycieczka, by je docenić. Marsz człowieka jest na tyle wolny, że całe zróżnicowanie pozornie monotonnego terenu staje przed oczami. Co wieś, to inna pieśń. Rano widzę szron na trawie, idę przez las, potem z niego wychodzę, mijam to, co w miejscu stoi, pola, zagajniki. Widzę, czuję, wiem, że to jest wszystko różne. I jednocześnie czuję, jak płynnie przechodzi jedno w drugie. Na papierze (ekranie) brzmi banalnie, ale nie na żywo. Idąc piechotą czuję krzywiznę Ziemi, jakbym wiódł palcem po krawędzi wirażu.

Im dłużej żyję, tym bardziej mnie też fascynuje, w jak przedziwny sposób rzeczy najnowocześniejsze sąsiadują z archaicznymi. Blik, doge i NFT — tak, ale one sąsiadują z warsztacikami, w których świat się zatrzymał w latach 70. To jest arcyludzkie doświadczenie, że „nowe” nigdy nie ustępuje „staremu” ot tak, to się zawsze miesza, współtrwa stuleciami. Jest tak w technologii, w życiu społecznym, ale i w krajobrazie, co widać wtedy, gdy się przez niego idzie. Lśniący hala zbudowana już za covidu, tak nowoczesna, że chyba roboty budują w niej nowe roboty, sąsiaduje z wanną z kolumnadą postawioną za transformacji, nieco dalej kurzy się mleczarnia z czasów Gomułki, a na skrzyżowaniu kapliczka postawiona za cesarzy. Codzienność, która składa się z „warstw archeologicznych”, zlepionych w przestrzeni, ale rozstrzelonych w czasie. Na wycieczce jest wreszcie czas, żeby to zobaczyć. I wyobrazić sobie, że ten oto krzyż stał na rozstajach na długo przed tym, gdy wyrosło wokół niego fajnopolskie osiedle.

Świat który czeka

Kiedy jestem na wyprawie, zawsze fascynuje mnie też, jak bardzo arbitralnie zagospodarowana jest powierzchnia Ziemi, tej Ziemi. Idę, mijam las, drogę, miasteczko. Tutaj jest autostrada, a tuż obok bór z bobrami i jagodami w poszyciu (namierzyłem — tutaj — kiedyś miejsce, gdzie bobry położyły drzewo ca. 20 metrów od autostrady A2, serio!). Niesamowite… ale i totalnie umowne. Z perspektywy wycieczki widać to, że to nie jest obiektywne, oczywiste i naturalne, że tu a tu musi być Warszawa czy Kraków. Po prostu, ludzie się tak umówili, że tutaj jest miasto, masa, maszyna, że tutaj się robi zakupy i tłoczy, a zaraz obok jest las, pole, wolna przestrzeń.

Mówi się wciąż o kryzysie klimatycznym i ekologicznym, o ogólnej dewastacji biosfery przez człowieka i o tym, że ludzi jest za dużo. To jest wszystko prawda… ale i tak jest wciąż dużo miejsca! I to nie na Czukotce, czy Antarktydzie, tylko tutaj, w środku Europy — wciąż są wielkie, puste przestrzenie. My się po prostu nauczyliśmy ich nie widzieć. Byle łąki nadbużańskie pod Małkinią to są kilometry marszu, na których nie spotykasz absolutnie nikogo. Tej przestrzeni jest wciąż mnóstwo, trzeba tylko umieć do niej wyjść, skorzystać z niej.

Tradycyjna turystyka (i w ogóle, trzy czwarte ludzkiego życia) to jest jedna wielka konwencja. Jako gatunek mamy tendencję do niesamowitego tłoczenia się, a później narzekania na tłok. Tłoczymy się w wielkich miastach, w maleńkich mieszkaniach, które kosztują horrendalne kwoty za metr, a „wakacje” uznajemy za czas, kiedy trzeba się stłoczyć w pendolinie czy innym samolocie, żeby dotrzeć do Zakopanego, albo hotelu nad ciepłym morzem, gdzie znowu się tłoczymy jedni na drugich. Absurdalne. A po drodze mijamy tysiące, miliony kilometrów kwadratowych ogromnej przestrzeni, po której nikt nie chodzi, nikt z niej nie korzysta, nikt o niej nie wie.

Osobiście najwięcej chodzę po Mazowszu, bo tutaj mieszkam. Szczególne miejsce ma w moim sercu Puszcza Kampinoska, zwłaszcza jej mniej uczęszczana część zachodnia, za drogi Kazuń-Leszno. Ale jest też Puszcza Bolimowska, gdzie wciąż można znaleźć okopy po walkach z Wielkiej Wojny. I dalej w Polskę, gdzie jest przecież nieziemska Suwalszczyzna, jest niezmierzona Puszcza Romnicka, jedyna w Polsce puszcza borealna, która wygląda jak tajga. A lasy w rejonie Gostynina, a leśne jeziora tam zagubione? Kiedy ostatnio ich szukaliście? Naprawdę, świat jest pełen wielkich świateł i wielkich tajemnic, a człowiek zasłania je sobie swoją małą dłonią. A już szczególnie zasłania, gdy siedzi całe dnie w domu, pochylając się nad ekranem. A więc w drogę, na szlak! Jeszcze wszystko przed nami. Jeszcze będą nocne powroty, noclegi po stogach siana, jeszcze powędrujemy — za marzeniem, bezdrożem, polem, lasem.

*

rysunek pióra, towarzyszący zapisowi na stoicki newsletter

Podobają Ci się moje teksty? Pozwól, że będę pisał do Ciebie częściej — zapraszam na maila!

Przewiń do góry