MATA & YOUNG LEOSIA

>>> Zanim zaczniesz czytać: zapisz się na mój mailing! Stoicki głos w Twoim domu… a przynajmniej w Twojej skrzynce pocztowej! TUTAJ <<<

*

A więc napisałem już całą trylogię o rapie — razem z tym tekstem i tym. Dzisiaj raz jeszcze spróbuję rozgryźć tę bardzo szczególną sytuację, w której starsze pokolenie patrzy na twórczość młodszego pokolenia. Na warsztacie Mat i Young Leosia, ale — rzecz jasna — są oni tylko (i aż) przykładami. Jak zwykle u mnie, nie chodzi o konkretne osoby, ale o ideę.

Punktem wyjścia jest obserwacja, która wciąż powraca, kiedy śledzę młodych twórców i dyskusje o nich. Otóż… jakieś 99 % tekstów o Macie i Young Leosi nie wnosi kompletnie nic nowego (moje teksty celują, rzecz jasna, w ten pozostały jeden procent). Nie wnoszą, bo rytualnie powtarzają jeden z dwóch stereotypów. Ludzie albo płytko hejtują, albo płytko się zachwycają. Chciałoby się powiedzieć, że obie strony — mówiąc Kazikiem, bo ja należę do pokolenia, które mówi Kazikiem — są równie „wkurzone, że już do młodzieży nie należą”. Tylko jedni wyrażają to wprost, a inni maskują zachwytem. Obie te postawy są intelektualną porażką, bo żadna z nich nie traktuje młodych artystów serio, jak autonomicznego fenomenu, który godny jest surowego szacunku.

Jak to zatem ugryźć na serio?

Faktem jest, że i Mata i Young Leosia wskoczyli w bardzo krótkim czasie w apogeum popularności. Nie odnieśliby pewnie takiego sukcesu, gdyby nie zaproponowali jakiejś nowej jakości (a przynajmniej świeżości). Ale jakiej? Co konkretnie? Jak zawsze w takiej sytuacji, dziwnie trudno jest sprecyzować, na czym właściwie ta nowa jakość polega. Oczywiście, można i należy próbować (szczegóły zostawiam znawcom muzyki popularnej), ale tak naprawdę najciekawszy jest sam fakt, że sedna nigdy nie da się tu do końca uchwycić. Warto natomiast powiedzieć dwie rzeczy.

Po pierwsze, fenomen Maty, Young Leosi (i każdego młodego artysty) trudno jest uchwycić teraz… a z czasem będzie tylko trudniej! Zapraszam do eksperymentu myślowego — przenieśmy się w wyobraźni do roku 2050. Będzie niewątpliwie odnotowane w kronikach i na Wikipedii, że Mata i Young Leosia byli popularni na przełomie 2. i 3. dekady XXI wieku. To jasne. Ale czy ludzie przyszłości będą rozumieć skąd się ta popularność wzięła? Niespecjalnie. Będą to rozumieli jeszcze gorzej niż my.

„Nowa jakość”, „świeżość”, „artystyczne odkrycie” nie są bowiem pojęciami bezwzględnymi. Nie są autonomiczne, tylko są — uwaga — dialektyczne. Są odróżnieniem się od tego, co było wcześniej. Od tła, uzusu, konwencji. Od minionego mainstreamu. W 2050 roku każdy będzie sobie mógł odpalić „Szklanki”, ale tło, na którym one zalśniły, będzie od dawna zapomniane. Ba, nieodwołalnie stracone. Trudno jest nazwać czym właściwie jest to, co Mata i Young Leosia poruszyli, ale jedno jest pewne: już to poruszyli. I bardzo szybko zapomnimy o świecie, w którym to poruszone nie było.

Zrobiło się trochę abstrakcyjnie, ale oto przykłady. Weźmy starsze dzieła, takie które były sensacjami kiedyś. „Beatlesi” — wszyscy wiemy, że byli przełomem w muzyce, ale nikt już tak naprawdę nie zrozumie, dlaczego. Nie poczujemy już nigdy tego, co poczuli ludzie, którzy usłyszeli ich po raz pierwszy. Nie mamy bowiem porównania, nie pamiętamy już świata bez „Beatlesów”.

Inny, bardzo konkretny przykład. Filip Łobodziński powiedział kiedyś o „Obławie” Kaczmarskiego, że „na tamte czasy to była taka piosenka, że buty spadały”. „Na tamte czasy”, czyli na lata 70. XX wieku. I znów: bardzo trudno byłoby nam dzisiaj powiedzieć, dlaczego właściwie te buty wtedy spadały. Nie znamy bowiem świata bez „Obławy”, tak samo jak nie znamy świata bez „Beatlesów”. I bardzo szybko zapomnimy o świecie bez Maty, Young Leosi i szeregu innych.

To jest ta pierwsza refleksja. Druga zaczyna się natomiast od tego, że wszystko powyższe to oczywiście nie jest przypadek. Trudno uchwycić na czym właściwie polega fenomen młodych twórców, bo oni — odkąd świat światem — bynajmniej nie chcą mieścić się w ramki i przegródki pokoleń starszych od siebie. Chcą czegoś dokładnie przeciwnego: chcą tworzyć właśnie wbrew tym ramkom, a przynajmniej poza nimi. Stąd też bierze się ta wieczna kwestia, że twórczość „młodych” zawsze wydaje się „starym” jakaś „nie taka” — nieodpowiednia, nie dość serio, zawsze jakaś out of joint (mówiąc Hamletem, bo należę do pokolenia, które mówi Hamletem).

Przykład trywialny: niektórzy uznają, że „Szmata” Maty jest „kontrowersyjna”, bo „epatuje seksualnością”. Jest to oczywiście kompletnie naiwne. Wytykanie młodym, że śpiewają czy piszą o używkach i seksie jest ogólnie boomerską tęsknotą za rokiem bez wiosny (mówię Kochanowskim, bo należę… etc.). Z tym w ogóle nie ma sensu dyskutować. Co natomiast warto powiedzieć, to że „starzy” nie mogą się pogodzić z tym, że twórczość „młodych” — taka jaka jest, dziwna, inna, nie do końca zrozumiała — jest dla nich nośnikiem ich przeżyć egzystencjalnych czy metafizycznych.

Oto dobry przykład. Young Leosia śpiewa w „Szklankach”, że „chcecie nam zabrać ten czas i te radosne bankiety”. Starzy pogodzą się od biedy z tym, że chodzi tu o to, że młodzi chcą wrócić do klubów zamkniętych przez pandemię i ogólnie wyszaleć. Rzecz jasna, w tych słowach nie chodzi jedna tylko o to — i to z tym właśnie starym trudno się pogodzić.  Bo oto okazuje się, że tu właśnie, w tych pozornie banalnych słowach, młodzi znajdują przestrzeń, by wyrazić swoje rozterki, wątpliwości i poszukiwania. Starzy jakoś tam się pogodzą z tym, że „młodzi muszą się wyszumieć”. Ale najtrudniej jest im się pogodzić z utratą prawa do decydowania o tym, co jest „na serio”, co jest „głębokie” i co ma sens egzystencjalny, a co go nie ma. Utrata monopolu na metafizykę boli najbardziej.

Spróbuję wyrazić to jeszcze raz, nieco inaczej. Young Leosia była ostatnio u Kuby Wojewódzkiego i rozmowa zeszła na to, czego właściwie ona może nauczyć swoich słuchaczy (ten fragment). Naprawdę warto tego posłuchać. To bardzo znamienne, że milionom słuchaczy Leosia ewidentnie daje coś, czego oni potrzebują, ale gdy tylko zamknąć to w słowa i pojęcia dostępne starszemu o 35 lat Wojewódzkiemu, wszystko się natychmiast rozpływa. To coś, nie jest bowiem żadnym konkretem, programem ani postulatem politycznym. Jest raczej sposobem bycia w świecie. I pewnością siebie, autonomią, którą można w nim mieć. I drogą do ich uzyskania.

Leosia mówi w tym programie, że jej przykład pokazuje, że można być didżejką, raperką, a przy tym kobietą. I dokładnie o to chodzi… ale nie o sam feminizm, tylko w ogóle o wszystko. Młoda twórczyni pokazuje młodym ludziom, że w świecie urządzonym i rządzonym przez starszych, oni, jako młode, nowe pokolenie, mogą się rozgościć i poczuć po swojemu. Pokazuje, że da się to zrobić. I to niezależnie od tego, jakie były idee, recepty i wątpliwości poprzedniego pokolenia. I to jest właśnie owo nieuchwytne sedno sprawy.

*

rysunek pióra, towarzyszący zapisowi na stoicki newsletter

Podobają Ci się moje teksty? Pozwól, że będę pisał do Ciebie częściej — zapraszam na maila!

1 myśl w temacie “MATA & YOUNG LEOSIA”

  1. Adrian Pocheć

    Zaciekawiło mnie spojrzenie na nieprzemyślane zachwycanie się lub hejtowanie twórczości młodych artystów jako reakcje starszego pokolenia na utratę dostępu do tego „czegoś”. Łatwo dojść do pochopnego wniosku, że jeśli się czegoś nie widzi to tego nie ma. Chciałbym zwrócić uwagę na na to czym jest to owo „coś” w dzisiejszym polskim rapie. Oczywiście jak sam Pan wspomniał uchwycenie sedna sprawy jest niemożliwe ale warto spróbować dla intelektualnej rozrywki.
    Myślę, że dobrym przykładem obrazującym to lepiej jest fenomen, mający swoje korzenie w undergroundzie, newschool rapu. Charakteryzuje się on brakiem profesjonalnego przygotowania, znajomości teorii muzyki lub nawet umiejętności rapowania. Utwory często są nagrywane spontanicznie telefonem bez większej obróbki (np. https://www.youtube.com/watch?v=v5un4OdwASE). Chociaż taką twórczość szybko można zaszufladkować jako „śmieciową” przez jej niską jakość to łatwo doszukać się w niej podobieństwa do ducha punk rocka, gdzie wszystko zostaje odrzucone oprócz samej esencji muzyki. Owa esencja, to „coś” , tak jak w latach 70-80 w Wielkiej Brytanii tak i dzisiaj w Polsce przyciąga młodzież pomimo swojej „brzydoty”. To 'coś’ można by interpretować jako intuicyjnie rozumianą autentyczność.
    Jednak ta autentyczność wymyka się analizie i sformułowaniu, a próba uchwycenia jej intelektualnie powoduje, że się rozprasza i oddalamy się od niej. Sądzę, że nawet uczestnicy tego kulturowego fenomenu czyli i artyści i fani nie są świadomi myślnie co sprawia, że taka twórczość ich przyciąga. Nie znają całego tego socjologiczno-filozoficznego aspektu punku lub rapu. I myślę, że żeby być tego częścią nie tylko nie muszą wiedzieć, ale i nie mogą. W momencie kiedy stajesz się świadomy, że masz do czynienia z tą nie dającą się ująć autentycznością i spróbujesz ją w pewnym sensie 'zatrzymać dla siebie’ przez rozmyślanie nad nią to automatycznie zostajesz od tego oddzielony jakby przez szybę. Możesz już tylko obserwować zewnętrzne cechy i pochodne tej autentyczności ale nie możesz już sam być jej częścią. Trochę jak, gdy śmieszność żartu ginie przez jego wytłumaczenie.
    Tu zdajemy sobie sprawę z totalności „utraty monopolu na metafizykę” przez starsze pokolenie. Nawet jeśli ktoś wyjdzie ponad płytką reakcyjność i stanie się świadomy głębi tego kulturowego fenomenu to i tak nie będzie wiedzieć o co chodzi. Możemy zrozumieć jak działa gwizdek wydający dźwięk o częstotliwości nie słyszalnej dla ludzkiego ucha i widzieć jaki to ma wpływ na psy ale nigdy nie będziemy mogli usłyszeć dźwięku samego gwizdka.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry