CO TO JEST RAP?

Czym właściwie jest rap? Trochę wiadomo, a trochę nie wiadomo. Zatem zapraszam: oto unikalne, syntetyczne, krytyczne, ale i życzliwe spojrzenie z zewnątrz.

Nie mam ani ambicji ani kompetencji, żeby analizować rap od środka, nazywać jego nurty, oceniać, czy klasyfikować twórców. Na to trzeba książki, a właściwie biblioteki. Proponuję spojrzenie szersze, które pokazuje kilka prawd ogólnych (rap lubi przechwałki, więc nie jestem skromny). Oczywiście, każda synteza jest stronnicza i kontrowersyjna, więc zapraszam do polemiki i komentarzy. Mogą być hejterskie, nie muszą być rymowane.

Autonomia i osobność

Nie ma definicji rapu. Ogólnikowa formułka, że „rap to gatunek muzyki, który…” rozpada się przy pierwszym przecinku, bo rap to nie tylko gatunek muzyki. Rap to nie jest ziemia niczyja między śpiewem a melorecytacją. Rap to cała kultura, z własnym językiem, zwyczajami i systemem wartości, ale i dalej, z własnym obiegiem kultury, z własnymi wytwórniami, festiwalami i oczywiście publicznością. Rap jest bowiem autonomiczny. Wielu zjawisk rapu nie da się wytłumaczyć przez odniesienie do tego, co wobec rapu zewnętrzne. Często brakuje porównań. Rap nie musi się karmić inną muzyką, doskonale rozwija się sam z siebie. Przetrwałby, gdyby jakaś katastrofa zmiotła z Ziemi i twardych dysków wszelką muzykę nierapową.

Rap jest jednak więcej niż autonomiczny. Jest też osobny. Chciałoby się powiedzieć, że jest osobny od mainstreamu, ale to ostatnie słowo nie ma już dzisiaj wiele sensu. Nie ma sensu szczególnie w kontekście rapu, bo statystyki wyświetleń i widownia na koncertach wskazują, że to właśnie rap jest dzisiaj „głównym nurtem”. A przynajmniej nurtem szerokim. Niemniej, w jakimś wymiarze to wciąż jest prawdą, , że rap stara się pozycjonować jako to, co nie jest mainstreamem.

I jest to relacja wzajemna. Mainstream i jego przeciętny odbiorca wciąż traktują rap jako Wielkiego Innego kultury. Rap umie wypełniać stadiony i generować ośmiocyfrowe odtworzenia, ale wciąż jest niedoreprezentowany w tradycyjnych mediach, a statystyczny konsument kultury, jeżeli nie jest akurat konsumentem rapu, może o nim wiedzieć całkiem niewiele. Owszem, raz po raz przychodzą zjawiska, które rozlewają się tak szeroko, że nie da się o nich nie słyszeć — jak choćby Liroy, Paktofonika, czy Taco Hemingway, by użyć przykładów z trzech kolejnych dekad. Jednak na co dzień transmisja z planety rap na planetę mainstreamu jest ciągle słabsza niż się wydaje.

Wciąż nie klasycy

Osobność rapu wynika po części stąd, że jest on zjawiskiem względnie nowym. Upraszczając: rap powstał w Stanach w latach 70. XX wieku, do Polski zaś zawitał w latach 90. Najstarsi polscy raperzy urodzili się w latach 70., są więc ciągle przed pięćdziesiątką — za młodo na klasyków. Mediana wieku na koncertach ciągle młodzieńcza, raperzy nie zdążyli się jeszcze zestarzeć. A przede wszystkim nie zestarzał się jeszcze sam rap jako zjawisko, jako sposób opisu świata i bycia. A przecież każdy wyraz ludzkiego ducha przemierza własną, ale dość powtarzalną drogę od pociągającej awangardy do zmurszałej klasyki. Rap jest na niej jeszcze wcześnie. Sporo wody upłynie w Wiśle i w rzece Hudson zanim rap będzie można studiować na czcigodnych akademiach, tak jak można studiować „stare” gatunki muzyki.

Ta względna młodość wiąże się też z buntem. Rap jest osobny i wciąż nie klasyczny również dlatego, że jest — a przynajmniej był w swoich początkach — muzyką buntu. Rap przejął schedę po rocku jako muzyka protestu, a gdyby Woodstock 68’ było się dzisiaj, to Jimmy Hendrix rapowałby i słynąłby nie z gry na gitarze, a z fristajli. Ten bunt, protest i tak często obecny w rapie gniew nie wzięły się bynajmniej znikąd — rap powstał przecież jako głos ras i klas zepchniętych na margines.

Komu wolno rapować?

Rap powstał jako muzyka klasy ludowej (pracującej), a w jego zamorskich początkach kluczowy był kontekst rasowy — rap został stworzony przez czarnoskórych Amerykanów. Ale uwaga — dzisiaj to już historia. Rap uniezależnił się od koloru skóry i grubości portfela. Weźmy na tapetę Matę, polskiego rapera, którego „Patointeligencja” i „Patoreakcja” wzbudziły tak szerokie dyskusje w ostatnich miesiącach. Wzbudziła je właśnie dlatego, że zmiana kontekstu klasowego była w niej widoczna szczególnie wyraźna. Ojcem Maty jest znany prawnik, zaangażowany w politykę bywalec studiów telewizyjnych, a sam raper chodził do słynnego warszawskiego liceum, ba, to właśnie liceum uczynił tematem swojego rapu. Coś tutaj się domknęło: mainstreamowa, średnio- i wyższo-klasowa Polska ostatecznie uznała rap za swój.

To nie jest oczywiście nic nowego, to powtarzający się mechanizm. Rap powstał jako muzyka gniewu klasowego, swing i lindy-hop były oryginalnie tańcem zmęczonych po pracy czarnoskórych robotników, jazz i blues zaczęły się jako muzyka smutku plantacji, a punk to muzyka brytyjskich robotników, której brzydota i brak profesjonalizmu miały podkreślać, że jest to głos ludzi, którzy nie mieli szans na profesjonalne wykształcenie muzyczne. Wszystkie te gatunki i style zostały jednak z czasem zassane przez mainstream i dzisiaj nikt nie widzi paradoksu w tym, że korpoczłowiek chodzi po pracy do eleganckiego klubu na swing, że „jazzman” brzmi trochę jak synonim „warszawki” czy „krakówka”, czy — wracając do naszego tematu — że wzięty prawnik podwozi syna na nagrania jego rapowej płyty*.

Otwiera się tu jednak fascynujące pytanie. Czy to jest aby całkowicie w porządku? Czy mamy prawo przejmować gatunki i style stworzone przez inne klasy, rasy i społeczeństwa? Nikt już dzisiaj nie pyta, czy białym wolno rapować — oni rapują już dawno. Ale czy „wolno” rapować bogatym? To pytanie wciąż budzi emocje i dyskusje, widać to we wszystkich tych rozmowach o tym kto „się sprzedał”, kto jest „bananem”, i co jest właściwie jest prawdziwym rapem, a co nie. Paradoks jest tu aktualny, jędrny i wielowymiarowy. Z jednej strony, oderwanie rapu od jego korzeni zawsze można uznać za „zdradę”. Zawsze można powiedzieć, że rap nagrywany przez „dzieciaki z dobrych domów” nie jest już „prawdziwymrapem” (cokolwiek to ostatnie znaczy). Z drugiej strony, największą popularność rap zdobył oczywiście wtedy, kiedy tej zdrady dokonał i kiedy klasa średnia uznała go za swój.

Ale uwaga, jest i trzecia strona medalu. Coraz częściej się przecież mówi dzisiaj, że nie wolno ot tak po prostu przejmować twórczości i stylów stworzonych przez innych, bo to jest tzw. przywłaszczenie kulturowe (cultural apriopriation), którego nie powinno się robić. I jest w tym głęboki sens. Równie istotny sens jest też jednak w zasadzie dokładnie przeciwnej, mianowicie — po czwarte już —, że wolność artystyczna ma swoje prawa, a kultura nie istniałaby bez zapożyczeń, wpływów, bez czerpanych szeroko inspiracji i motywów.

Nie ma tu oczywiście żadnego jednoznacznego rozstrzygnięcia i nawet nie do końca o to chodzi, żeby go szukać. Samo uporządkowanie tych wątków i tak wiele jednak rozjaśnia, bo rzuca światło na cały szereg charakterystycznych dla rapu zjawisk, które byłyby skądinąd trudne do zrozumienia.

Pułapki i pozy

To naturalne, że twórcy rapu „ulicznego”, tego, który jest (czy był) „głosem blokowiska”, rapują o ciężkim życiu, konfliktach z policją, więzieniu, słowem o całym swoim nieuprzywilejowaniu. To jest bowiem ich nieuprzywilejowanie. Ale uwaga, co się właściwie dzieje, kiedy za rap biorą się twórcy z klasy średniej i dla klasy średniej rapujący? Oni świadomie lub podświadomie powielają te tematy, a więc również rapują o „trudnym życiu”, choć tym razem w cudzysłowie, bo nie dotyczy ich ono bezpośrednio. Konwencja przeistacza się w pozę, a w uszach odbiorcy staje się ona problematyczna, a momentami irytująca. To jest problematyczne, bo nieautentyczne, co jest osobnym grzechem głównym w rapie. „Całe moje pokolenie pogrążone w narkotykach” rapuje Quebonafide — i jaki jest właściwie status tego stwierdzenia? To nie jest prawda materialna, przynajmniej nie dla większości odbiorców. Polska to nie jest dworzec ZOO. Te słowa są raczej wymogiem gatunku, projekcją historii rapu, która rzutuje na jego współczesność.

Nie da się też pisać o rapie nie pisząc o pieniądzach — one są osią tego gatunku. W rapie ulicznym jest mowa oczywiście o ich braku i o tym, do czego popycha ich brak. W rapie średnioklasowym słychać raczej biegun przeciwny, raperzy w kółko deklarują, że pieniądze już mają, albo zaraz będą je mieć. A czasem wprost się chwalą, że mają ich dużo więcej niż słuchacze. Powiedzieć, że to jest zniechęcające, to nic nie powiedzieć, a przykładów jest więcej niż zdzierży Wasza cierpliwość. Rap tłucze temat „hajsu”, „kół”, czy też „kwitu” jak by to było wypracowanie w szkole. Ale właściwie dlaczego to robi?

Wiele wyjaśnia trajektoria, która doprowadziła rap w jego dzisiejsze miejsce. Mówiąc skrótowo: jako muzyka czarnoskórych gett amerykańskich rap mógł być drogą emancypacji, co czyniło temat pieniędzy autentycznie istotnym. Jednak z chwilą oderwania od tego kontekstu, z chwilą wejścia na salony klasy średniej, ten sens zniknął. Porzucony przez wyemancypowanych wehikuł emancypacji zawsze wygląda trochę jak absurd, czy kicz. I takie właśnie jest to ciągłe rapowanie o pieniądzach: trochę absurdalne, trochę kiczowate. Ale też niezrozumiałe, a często po prostu nieuczciwe wobec odbiorców.

Nie będzie też żadnym odkryciem powiedzieć, że rap wciąż jest muzyką wyraźnie męską, czy wręcz mizoginiczną. Są oczywiście wyjątki i są nowe wiatry, jak wszędzie, zwłaszcza w młodszym pokoleniu. Co do zasady rap pozostaje jednak piłką nożną muzyki. Na scenie ma być facet, najczęściej młody, jego ego ma się nie mieścić w sali koncertowej, a poziom testosteronu ma wybijać ponad dach. Nawijka ma być ostra, często agresywna. Ta zadziorność jest kolejnym widmem buntowniczej przeszłości… problem w tym, że dzisiaj nie do końca wiadomo, przeciwko komu jest właściwie skierowana. To jest bardzo charakterystyczne, że rap jest zawsze starciem, choćby i bez rywala. Rap jest bitwą rapową przeciwko nieistniejącemu przeciwnikowi. Dla osoby nieprzyzwyczajonej może to robić wrażenie absurdu, bo monolog rapera często przeradza się w polemikę z zarzutami, których nikt nie stawia.

Nie wspomniałem ciągle o najcięższym problemie — otóż rap często jest pasem transmisyjnym dla treści po prostu złych. I to złych nie dlatego, że wulgarnych, czy gorzej, grafomańskich. Złych i szkodliwych po prostu: począwszy od koronawirusowego negacjonizmu, który się rozlał przy okazji #Hot16Challenge, przez częste u raperów uwielbienie własnego konta i darwinizmu społecznego w ogóle, po otwartą pochwałę przemocy seksualnej, co wciąż się niestety często zdarza. Nie chcę się nad tym rozwodzić, to jest wątek bezdyskusyjny, nie ma co tracić wersów. Zakończę więc tę krytyczną część uwagą lżejszą, a też znamienną. Otóż fascynuje mnie, że raperzy są jak papieże — nikt nie występuje pod własnym nazwiskiem, zawsze jest ksywka. I w tym też widać niewolę konwencji, echo kultury gangstersko-ulicznej, która staje się trochę śmieszna, gdy kostnieje w dogmat dla klasy średniej.

Na początku jest słowo

Dużo powiedziałem krytycznie, więc teraz propsy. Co właściwie czyni rap tak interesującym?

Po pierwsze to, że on żyje i rozwija się właśnie teraz. Mówiłem na początku, że rap jest muzyką buntu — i ten bunt ciągle nie przebrzmiał. Wciąż nie wiadomo co będzie dalej. Co będzie za dwadzieścia, pięćdziesiąt lat? Czy bunt zestali się w marmur, czy romantycy staną się pozytywistami? Czy rap będzie tym pierwszym w historii świata wyjątkiem, zjawiskiem, które po wsze czasy pozostanie osobne i wierne sobie? Wciąż nie wiadomo! A może raperzy podążą przetartą ścieżką i zasilą szeregi byłych buntowników, którzy stali się establishmentem? To się już trochę stało, a trochę się jeszcze nie stało. I właśnie ta ambiwalencja fascynująca. W roku 2021 sprawa jest ciągle otwarta, ta karta jest w grze właśnie teraz. To jest proces, który dzieje się przed naszymi oczami. To jest żywy dramat powstawania gatunku, który możemy śledzić live.

Ale najważniejszym atutem rapu są teksty.

Rzecz jasna, rzucić ryczałtem, że „piosenki rapowe mają dobre teksty”, to powiedzieć dużo za dużo. Całe ich mnóstwo to śmieciowa treść w śmieciowej formie. Wielki kwantyfikator działa rzadko kiedy, a już na pewno nie działa w sztuce. W rapie są teksty lepsze i gorsze, jak w każdej muzyce, jak wszędzie. Jednak rap co do zasady wciąż wierzy w słowo — w jego wagę i siłę. W rapie nie da się ot tak po prostu „odpuścić” warstwy tekstowej. Nie ma rapu bez słowa, twórcza walka w tej materii musi być podjęta. Oczywiście, często będzie to walka przegrana… ale jednak podjęta. A to już niemało. Powiem jeszcze mocniej: otóż rap, w swoich najlepszych momentach, przejmuje te funkcje, których zrzekła się współczesna poezja. Rap wierzy w słowo, a to jest ta wiara, którą współczesna poezja niestety utraciła. Jak by to absurdalnie nie brzmiało, czeladnikiem u Kochanowskiego i potomkiem Mickiewicza nie jest dzisiaj poeta, ale właśnie raper.

Rap umie to, czego nie umie już poezja. Umie być opowieścią, rymowaną narracją o życiu, która wpada w ucho i temu życiu realnie towarzyszy, wypowiadając i nazywając emocje indywidualne i społeczne. Poezja pełniła tę funkcję od czasów Homera po czasy Herberta, ale w ostatnich dekadach ten rząd dusz straciła, w znacznym stopniu z własnej woli i w znacznej mierze na rzecz rapu właśnie. Współczesna poezja zakiwała samą siebie na manowcach hermetyzmu i eksperymentu, oderwała się od życia, umarła ze zmęczenia i autoudręczenia. Jej rolę stara się przejąć rap.

Oczywiście mówię tutaj o śmietance kilku procent najlepszych tekstów. Nie uważam też, że ten jeden argument ma z automatu przeważyć disy wcześniejsze. Jeśli jednak obrońcy rapu chcieliby wygłosić mowę końcową, to powinni podkreślić to właśnie. Raperzy, jak pisałem wyżej, potrafią być nieznośnie zblazowani w życiu, ale rzadko są zblazowani literacko. Grafomańscy, wulgarni, owszem. Ale zblazowani jednak nie. Bo jest w rapie energia, której poezji zabrakło. Jest w nim pewność, że nie wszystko jeszcze powiedziano. Jest w nim wiara, że ciągle są światy, które chcą się zacząć od słowa.

*

rysunek pióra, towarzyszący zapisowi na stoicki newsletter

Podobają Ci się moje teksty? Pozwól, że będę pisał do Ciebie częściej — zapraszam na maila!

Przewiń do góry